MXT 2012 Odc 08: O Tureckiej herbacie, tradycji i najeżdżaniu na stopę.

O Tureckiej herbacie opowiadam dość często, jako, że jest to jedna z niewielu herbat które MUSIAŁEM pić 😉
Ale zacznijmy od początku:

Wstajemy następnego dnia dość późno, a naszego gospodarza już nie ma. Na stole leży karteczka:

„Czujcie się jak u siebie w domu”

Ruszamy więc raźno do kuchni- pogrzebać naszemu gospodarzowi w szafkach w poszukiwaniu pożywienia. Zaczynamy robić śniadanie. Jedzenie śniadań to coś, co przytrafiało się nam naprawdę rzadko, zwykle albo nie wstawaliśmy o tej porze, żeby posiłek który jedliśmy nazywać śniadaniem, lub wywiązywał się następujący dialog:

– Jemy czy śpimy jeszcze pół godziny?
– Yhm

Aha, czyli śpimy.

Jednak tym razem postanowiliśmy coś zjeść zanim ruszymy na całodniowe wałęsanie się po ulicach Stambułu. Siedzimy w tyciej kuchni, gdy nagle z jednego pokoju wychodzi rozczochrany turek i staje jak wmurowany na nasz widok.

– eee… cześć?- raczej pyta niż oznajmia Maks.

P1010838

Okazuje się, że Mehmed zapomniał powiedzieć nam, że mieszka ze sublokatorem, a właściwie dwoma. Chłopaki są policjantami i pracują na nocną zmianę, i wrócili tak zmęczeni, że nie zauważyli naszych rzeczy w przedpokoju, a Mehmed w sumie ich nie uprzedził, że będziemy u niego nocować.

Jak się nad tym zastanowić, to chyba powinniśmy być zadowoleni, że nie zostaliśmy postrzeleni przez zaskoczonego i zaspanego policjanta. Zapraszamy współlokatorów do ich kuchni i próbujemy się z nimi dogadać.

Angielskiego nie mają opanowanego, ale Maks twierdzi, że zna parę tureckich słów.

Szybko okazuje się, że większość to przekleństwa więc wracamy do międzynarodowego esperanto dla głuchoniemych (taka bardziej sportowa wersja kalamburów z możliwością używania wyrazów dźwiękonaśladowczych). Po ciekawym posiłku i paru obowiązkowych szklankach herbaty, poinstruowani rysunkami od nowych kolegów ruszamy na zwiedzanie miasta.

Wróć. Herbata!

To jest coś co muszę opisać. Jak myślicie, który naród pije najwięcej herbaty na świecie na osobę? Brytyjczycy? A właśnie, że nie! Największym konsumentem jest Turcja! Pije się tu çayı do wszystkiego, na zimno, na gorąco, od rana do wieczora. Çayı jest dobre na posiedzenie ze znajomymi, przerwę w pracy czy picie przed kolacją. Herbata jest dobra nawet na kaca, o czym większość Turków powie Wam przyciszonym głosem, bo pić alkoholu się przecież nie powinno. Jest też dostępna we wszystkich możliwych smakach jakie przyjdą Wam do głowy. I jest tylko jeden szkopuł:

NIE ZNOSZĘ herbaty.

Tak, muszę się przyznać- darzę herbatę wyjątkowym uczuciem i jest ono zdecydowanie chłodne. Jednak uwierzcie mi, że gdy na całkowitym pustkowiu zatrzymuje Was wojskowa ciężarówka to nagle się okazuje, że wypicie z nimi herbaty jest najlepszym co można zrobić. To tak jak bruderszaft w Rosji. Pomaga budować mosty. Więc trzeba się było przemóc i degustować co dają.

P1010858

Ruszamy na ulice Stambułu. Miasto od razu robi na mnie niesamowite wrażenie. Byłem w wielu miastach Europy, ale to jest zupełnie inne. Chodząc po ulicach, można od razu powiedzieć, że jest się jedną nogą w Azji, a drugą w Europie. Dość powiedzieć, że we wszystkim, od bilboardów, po architekturę zabytków można dostrzec wpływy tak ze wschodu jak i zachodu.

Jest też OLBRZYMIE.

I duże litery są tu całkowicie na miejscu. Później widzieliśmy wiele miast większych i bardziej zatłoczonych. Jednak jeśli jesteś przyzwyczajony do Europejskich stolic pierwsze spotkanie ze Stambułem może zszokować. Dość powiedzieć, że Stambuł jest powierzchniowo większy np. od Paryża ok. 15 razy. Daje to pewny obraz jak duże i zatłoczone jest to miasto.

Mieliśmy tam także pierwsze problemy, jeśli chodzi o poruszanie się po drogach motocyklami.

Po pierwsze: jest bardzo gęsto i nawet nam, zaprawionym w bojach w różnych europejskich miastach, trudno było przemieszczać się. Po drugie: tureccy kierowcy to pierwsi, którzy zaprzestali używać kierunkowskazów i jakichkolwiek świateł, a polegają na przyjaznym, bądź nieprzyjaznym trąbieniu. Po trzecie: byliśmy traktowani na drodze jak trochę większy rower. W tym pierwszym dniu przedstawiciel tureckich kierowców postanowił przywitać nas w największym mieście jego kraju w dość osobliwy sposób: najeżdżając mi na stopę. Nie wiem, czy to zwyczaj jakiś, ale odpowiedziałem mu grzecznie międzynarodowym znakiem pokoju. Oprócz tego incydentu było naprawdę miło i spędziliśmy dobre 11 godzin, zwiedzając, oglądając, robiąc zdjęcia i ogólnie chłonąc klimat miasta.

Nie wiem czy jest sens rozpisywać się nad zabytkami.

Znajdziecie to w każdym przewodniku. Napisze tylko, że mieliśmy okazję zobaczyć m.in Hagę Sofię, Błękitny Meczet i Wielki Bazar. Polecam wszystkie trzy, a w szczególności to ostatnie. Nie wiem dlaczego, ale mam słabość do bazarów. No, ale o tym później…

Spędzamy w Stambule trzy dni.

W międzyczasie po raz pierwszy myjemy motocykle w małej ręcznej myjni pod domem naszego gospodarza. Dogadujemy się z chłopakami, którzy tam pracują bardzo szybko i za połowę ceny dostajemy mycie magicznym tureckim środkiem, który ma spowodować, że: „motocykle będą lśniły, a dziewczyny będą się za nami oglądały”. Nie udało nam się dowiedzieć, czy motocykle też będą szybsze i czy będą mniej spalać. Chłopaki nie chcą nic obiecywać. Dostajemy też w zestawie z myciem… herbatę, co jest swoistym standardem w Turcji. Idziesz do fryzjera? Herbata! Tankujesz benzynę? Herbata! Co byś nie robił, w cenę wliczony jest ten złocisty (prawie) napój.

P1010873

Wieczorem po raz pierwszy siadamy z naszym gospodarzem do dłuższej rozmowy.

Pytamy o życie w Turcji, zwyczaje, o rady: czego mamy się wystrzegać? Czego nie mówić, bądź nie robić? Okazuje się, że Turcja to bardzo skomplikowany kraj. Z jednej strony muzułmański, ale z drugiej bardzo ciągnący do Europy i zwyczajów „zachodnich”. Na koniec nasz gospodarz pokazuje nam zdjęcie pięknej dziewczyny.

– To moja przyszła narzeczona- oznajmia z dumą.
– Przyszła? To jakie plany?- pyta się Maks z uśmiechem.

Okazuje się, że to także nie jest najprostsze. Mehmed pracuje teraz po dwanaście godzin dziennie i oszczędza, żeby uzbierać na prezenty dla narzeczonej. Opowiada nam o zwyczaju, który panuje u Niej, a także w wielu innych „tradycyjnych” rodzinach. Otóż, gdy chłopak chce się starać o rękę dziewczyny najpierw musi zjednać sobie przychylność całej familii. Jak? Może raz na jakiś czas przychodzić do domu rodzinnego dziewczyny i obdarowywać ją, a także jej najbliższych. I właśnie na te prezenty nasz gospodarz zbiera pieniądze. Potem, gdy zostanie „przyjęty”, może zacząć zbierać na wyprawienie zaręczyn, które odbywają się w jego i jej rodzinnym domu.

A potem już z górki. Ślub i mogą przestać ukrywać, że się widują.

– Co? – pytam.- To wy ze sobą się spotykacie, ale się ukrywacie?
– No. Nie możemy się przyznać, że się widujemy. Przecież nie zostałem jeszcze oceniony przez jej rodziców jako dobry kandydat na męża. – odpowiada jakby to była najjaśniejsza rzecz pod słońcem.- często się widujemy: raz, czasem dwa w miesiącu- dorzuca.
– I wszyscy tak robią?- pytam.
– No, większość, która jest w takiej sytuacji.
– Ale nie sądzisz, że skoro to i tak taka ściema to może warto by to zmienić?- pytam, jednocześnie naiwnie i przewrotnie.
– To tradycja- odpowiada.

Z tym nie mogę dyskutować.

Tradycja czasem jest piękna i można ją podziwiać w strojach, języku, ozdobach, czy niesamowitych rytuałach. Czasem jest kajdankami, które nie pozwalają ludziom myśleć w inny sposób niż ten jeden, odgórnie narzucony i akceptowalny. Czasem spaja społeczeństwo kraju, a czasem powoduje, że ludzie są w ciągłym sporze. Trudno ocenić jej wpływ i wydaje mi się, że nie powinienem tego robić.

Muszę jednak napisać, że w momencie wyruszania na tą wyprawę wydawało mi się, że wszyscy na całym świecie myślimy bardzo podobnie. Oczywiście nie byłem, aż tak naiwny, żeby myśleć, że nie ma różnic. Jednak założyłem, że logika myślenia będzie podobna. Że może ścieżka dochodzenia do rozwiązania problemu będzie inna, ale efekt ten sam.

Olbrzymi błąd.

Pokaż jedną rzecz w Europie, Azji czy Ameryce Południowej i będziesz miał trzy zupełnie inne spostrzeżenia. Pierwszy raz uderzyło mnie to i zafascynowało właśnie tego wieczoru w Stambule. To jedna z rzeczy, które są tak niesamowite w podróżach. Pisałem już, że poznaje się nowych ludzi. Ale nikt jakoś nie myśli o tym (a przynajmniej ja o tym nie myślałem), że im więcej ludzi, którzy różnią się od Ciebie spotykasz, tym więcej poznajesz kątów patrzenia na świat.

Podróże kształcą. W to wątpić nie można.