Codzienność w Azji południowo-wschodniej

Codzienność zaczęła się wkradać w życie w Azji południowo-wschodniej. Codzienność w Azji – dziwnie to brzmi 😉
Ale wkradła się z buta, z iście Chuckowskim półobrotem.
Jadę sobie wózkiem pomiędzy półkami. Akcja dzieje się w Tesco. Dla odróżnienia od naszego Polskiego (haha) Tesco to nazywa się Tesco Lotus. Lotus w nazwie powinno prawdopodobnie wywoływać wewnętrzny spokój i generalne rozluźnienie zwojów szarawych.
Wiecie, nic tylko być jak ten kwiat lotosu na tafli jeziora.

Niestety efekt nie działa.

Nie działa z całkiem zwyczajnego powodu: jestem rozsądnie pod*&^iony. Właśnie robię trzecie kółko w pobliżu pieluch i drewnianych łopatek w poszukiwaniu mąki.

Żeby zrozumieć co tu się właśnie wydarzyło, muszę nakreślić szerszy opis sytuacji.
Mieszkanie w pobliżu centrum jedynego większego miasta na wyspie ma sporo plusów.
Po pierwsze jest daleko od Patongu, czyli mekki Rosjan w każdym stanie nietrzeźwości (ostatnio policja szukała jednego, który nago poszedł popływać i po 24h znaleźli go na brzegu 15 km od miejsca zaginięcia).
Po drugie jest blisko wszelkiego rodzaju bazarów i knajpek (mniej turystycznych).
Po trzecie jest blisko dużych sklepów, które pozwalają na zaopatrywanie się w przeróżne rzeczy, których na bazarze nie dostaniesz i pozwalają płacić kartą (fanfary, szczęście, radość i czekolada).
Poza tym: mieszkanie tutaj jest tańsze niż mieszkanie gdziekolwiek indziej. Ale oooczywiście chodzi o te wcześniejsze rzeczy.

Dlatego też zdarza mi się dość często robić zakupy we wspomnianym już Lotusie.

Dobra, mamy z głowy jak się tam dostałem, to teraz czemu byłem lekko mówiąc poddenerwowany.

Otóż: każde, nawet najmniejsze dziecko w Europie wie, że jeśli wchodzisz do pierwszego z brzegu większego sklepu, to towary będą mniej więcej w tych samych miejscach.
Chleb na samym końcu, żebyś po drodze wrzucił do koszyka super zestaw ze sprejami do ciała pod choinkę dla Wujka Staszka (jak powiedzieć delikatnie komuś, że śmierdzi poziom 1).
Alkohole obok chleba, żebyś po drodze kupił słone paluszki i mrożoną pizzę (a potem dał sobie wmówić, że tyjesz od piwa).
Przy wejściu książki i zeszyty oraz telewizory A.D 2012.

NIE W TAJLANDII.

Tutaj ktoś posługiwał się logiką, która kompletnie mnie zaskakuje.
Obok zeszytów są patelnie (no, może, żeby dziecku przywalić, jak się nie uczy?).
Część napojów jest obok słodyczy, ale żeby nie było za łatwo, to ta część jest sprzedawana tylko w hurcie (nie ma rozrywania zgrzewek Ty Buszmenie!),
a jak chcesz jedną butelkę to musisz iść tam, gdzie są pojedynczo na półkach, czyli… koło pieluch.
Karma dla zwierząt jest koło słoiczków z jedzeniem dla dzieci (ha! I spróbuj się nie pomylić!).
Jest w tym jakaś logika niby, ale dziwna, Tajska.

Zasadniczo, jestem pewny, że gdyby amfetamina była w Tajlandii legalna to leżałaby koło mąki, bo obie te rzeczy są białe i w proszku.

Wracając do teraźniejszości: ułatwiłoby mi to zadanie, bo idąc za hiperaktywnymi klientami łatwiej byłoby znaleźć mąkę.
Udało się w końcu. Mąka leży obok foremek do ciasta.
No ba!

PS. Trochę żartuję. Tylko trochę. Codzienność w Azji to nie tylko plaża. Tak mówię tylko.

PS2. Uwielbiam mieć takie problemy.
PS3. Natchnął mnie do napisania tego wpisu, tekst o codzienności w podróży (na podstawie fryzjera), który poczyniłem parę miesięcy temu: https://goo.gl/b4GveN