MXT 2012 Odc 07: O zabawie motocyklem w piachu, i tureckich rozmowach

Poranek wita nas idealną pogodą, jest ciepło, ale jeszcze nie na tyle gorąco, żeby nasze ubrania przykleiły się do ciał, a opony do asfaltu. Spanie w namiocie ma tą zaletę, że namiot szybko się nagrzewa, gdy wychodzi poranne słońce. Nagrzany namiot jest bardzo ciężki do wytrzymania, szczególnie, gdy zawiera dwóch facetów, więc już o 9 byliśmy na nogach. Maks zarządził trening motocyklowy na piasku, więc zebraliśmy rzeczy, wrzuciliśmy do namiotu i stargaliśmy motocykle na plaże.
– Dobra, zaczynasz tak- Maks pokazuje mi jak trzymać nogi, jak dodawać gazu i utrzymać się na motocyklu który uparcie cały czas szedł bokiem. Wreszcie opanowałem teorię na tyle, żebyśmy przejechali się w tą i z powrotem po pustej plaży i muszę przyznać, że zabawa była przednia. Pierwszą glebę zaliczył mój nauczyciel.

Stawiam swój motocykl, podbiegam.

– Nic Ci nie jest?
– Nie, najadłem się tylko trochę piasku.- mówi, spluwając na plażę. Okazuje się, że podczas krótkiego lotu nie udało mu się przygotować telemarku i wpadł twarzą prosto w najbardziej sypki, suchy piasek. Ma go dosłownie wszędzie.
– No to śniadanie masz już za sobą.

Zaczynam się śmiać, ale pomagam mu podnieść motocykl, który niestety zakopuje się w miejscu lądowania. Maks nie może wyjechać, więc wybieram „najmądrzejszą” opcję, staje za motocyklem i trzymając za stelaże próbuję go wypchnąć z piachu. Nie wiem, czy to gorąco, czy morska bryza, czy coś innego spowodowało, że w tym momencie postanowiłem porzucić zwyczaj korzystania z szarych komórek, no ale stało się.

Maks ruszył, a ja dostałem fontanną piasku z pod kół prosto w twarz.
– %^&*(&! Nienawidzę off roadu!

P1010800

W ten sposób stajemy przed dylematem: wykąpać się w morzu i być całym w soli, czy nie wykąpać się i być całym w piasku? Dochodzimy do wniosku, że sól może jest mniej szkodliwa i pakujemy się do morza.

Następnie wrzucamy rzeczy na motocykle i dojeżdżamy do granicy grecko- tureckiej. Okazuje się, że prosto nie jest. Celnicy co prawda nie sprawdzają zbyt dokładnie dokumentów, ale stanowisk do sprawdzania jest pięć, a każdy celnik musi sobie trochę pogadać.

– Wej arr jou going?
– Istambul
– Waj?

No jak to „waj”?

Jako, że wyrabiałem przed wyjazdem nowy paszport i miałem długą brodę i włosy do zdjęcia, wyglądam w nim jak Syryjski bojownik o wolność. W każdym razie trochę trotylu, turban i byłbym nie do rozpoznania. Turcy więc biorą mnie prawie za swego wracającego z obczyzny. Inna sprawa z Maksem, Maks wydaje im się podejrzany. Nie pasuje im, że jakiś gość w blond dreadach o głowę od nich wyższy chce wjechać na motocyklu do Turcji. Chyba ponownie kłania się teoria szpiega obcego mocarstwa. Swoją drogą to ciekawe, bo powiem Wam, że wzrost, kolor i rodzaj uczesania Maksa wielokrotnie pozwoliły mi znaleźć go w tłumie na ulicach Ankary, Delhi czy Bangkoku. Nie było więc mowy o wtopieniu się w tłum.

Niezależnie jak długo mój towarzysz podróż się opalał. Jednak z jakiegoś powodu służby celne zawsze uważały, że jak ktoś się tak od nich rożni to na pewno szmugluje głowice nuklearne na motocyklu.
– Turism- odpowiada Maks uśmiechając się od ucha do ucha.
– mhm- spojrzenie na paszport, na Maksa i jeszcze raz na paszport. Tak, żebyśmy wiedzieli, że służby Tureckie mają nas, czy raczej jego, na oku- ok, go!

I tak na pięciu bramkach.

Na każdej kolejnej wbijanie wizy, wizy dla motocykli, sprawdzanie czy mamy wizę, czy mamy motocykle, czy to te motocykle co w paszporcie, a nuż podmieniliśmy między bramkami i tak w kółko. Ale wszystko to robione mało dokładnie i trochę tak na pokaz, żebyśmy byli świadomi, że Państwo Tureckie czuwa.

Wjechaliśmy!

Zaraz za granicą dostrzegamy stację benzynową. Mamy pełne baki, bo Grecy ostrzegli nas, że w Turcji paliwo jest drogie, ale gdy widzimy ceny to aż nas mrozi- 40% drożej niż w Polsce.No cóż, motocykle będą musiały przestać palić, nie ma innej rady. Jedziemy wybrzeżem, a zachodzące słońce świeci nam w plecy.

P1010807

W Istambule mamy aż dwóch hostów, obaj to koledzy Maksa z Erazmusa w Portugalii. Pomimo, że zbliżamy się do miasta to jeszcze nie zdecydowaliśmy gdzie będziemy spać. W pewnym momencie dzwoni nasz wyprawowy telefon.

– Maks, muszę zostać w pracy dłużej, będę dopiero koło północy w domu- jeden z kolegów ułatwił nam wybór.
– Dobra, dzwoń do tego drugiego, że przyjeżdżamy- stwierdzam.

Maks dzwoni i wdaje się w dość długą dyskusję.

– Ok, powiedział, że nie może nas przenocować, ale siostra jego kuzyna ma syna, który zna gościa, który nas przenocuje i do tego po nas przyjedzie.

Chwilę się zastanawiam, ale dochodzę do wniosku, że nie warto pamiętać koligacji naszego gospodarza i jak będzie chciał to sam nam przedstawi swoje drzewo genealogiczne. Ważne, że mamy nocleg.
– Dobra, daj, zadzwonię do niego- przejmuję telefon.

Facet, który odbiera ma problem ze złożeniem zdania po angielsku i cały czas powtarza „yes”.

– To gdzie się spotykamy?
– yes, yes
– centrum?
– yes, yes

Ok. Nic się nie dowiem.

Żegnam się z nim czule, obiecując, że jeszcze zadzwonimy, ale jestem pewny, że nic nie zrozumiał.

– Maks, nie damy rady z tym gościem się dogadać- wyrażam swoją wątpliwość.
– Chociaż spróbujmy, może jest spoko? Może przez telefon tylko tak słabo się z nim dogaduje?

Uwielbiam Maksa za jego bezgraniczną wiarę w ludzi i niepohamowany optymizm. Wysyłamy mu sms-a: „Napisz gdzie mamy przyjechać”. Dostajemy zwrotnie jakąś nazwę. Dojeżdżamy do Istambułu i zaczepiamy ludzi pokazując im nazwę na telefonie. Większość nie wie o co nam chodzi, część pokazuje kompletnie rozbieżne kierunki, wreszcie trafiamy na nauczyciela angielskiego.

P1010815

– To jest centrum handlowe- oświadcza. Wreszcie! Coś mamy! No to teraz gdzie ono jest?- tylko wiecie, u nas są dwa takie w dwóch częściach miasta, do którego potrzebujecie?- gasi nasz entuzjazm.

Dzwonię do naszego przyszłego gospodarza.

– Yes, yes?- dobra, jestem o krok, od zabicie gościa przez słuchawkę. Podaję telefon nauczycielowi. Zaczyna się żywiołowa dyskusja i już po chwili wiemy gdzie mamy jechać, nauczyciel pokazuje nam na telefonie adres, wrzucamy w nawigację i trafiamy do centrum handlowego.

Poznajemy naszego przyszłego gospodarza. Niestety nie zrozumiał od kolegi,  kuzyna, siostry… no od znajomego Maksa, że jedziemy na motocyklach i że nie mamy dla niego nie dość że miejsca, to kasku. Jest bardzo zawiedziony. Okazuje się także, że ma miejsce do spania, ale nie do końca. Nie jest w stanie wyjaśnić co „nie do końca” znaczy. Zaczynam mieć poważne wątpliwości. Próbujemy dowiedzieć się gdzie mamy jechać, ale niestety nasz gospodarz nie jest w stanie zlokalizować na mapie Istambułu gdzie mieszka. Wpada na genialny pomysł:

– Ja wsiądę do autobusu, wy za autobusem.

Jako pokładowy nerwus naszego teamu mam ochotę powiedzieć mu, żeby biegł przed motocyklem, ale Maks patrzy na mnie, i dobrze rozumiejąc, że zaraz wybuchnę mówi:

– Dajmy mu szanse, facet nas nie zna i chce nas przenocować. Jak coś to jutro się do Mehmeda przeniesiemy, a już jest 22:00 teraz coś szukać to będzie masakra.

Ma racje.

Nienawidzę jak ktoś ma rację, szczególnie taką, która mi nie pasuje.

– Dobra niech wsiada do autobusu.

Podjeżdżamy do najbliższego przystanku i czekamy z motocyklami na autobus wzbudzając nie małą sensację wśród pasażerów. Wreszcie podjeżdża autobus i nasz gospodarz wsiada. Jedziemy za autobusem z 10 minut po czym zjeżdża on na pas autobusowy, a potem na zajezdnię, przed którą zatrzymuje nas policjant.

– No, no, no- macha ręką, że nie możemy dalej jechać za autobusem. Dochodzę do wniosku, że 66% Turków, z którymi rozmawiałem od wjazdu do Istambułu porozumiewa się monosylabami. Patrzymy jak nasz niedoszły gospodarz odjeżdża w siną dal. Maks podnosi szybę w kasku.

– Zadzwonię do Mehmeta, że nie przeszkadza nam, że wraca o północy, jeśli nas przyjmie.- proponuje.
– Dobra.

Odpalamy motocykle i odjeżdżamy z powrotem na parking centrum handlowego. Nie zauważyliśmy nawet, że zostawiamy za plecami ciągle machającego za nami policjanta w rytm jego „no, no, no”- chyba chciał mieć pewność, ze zrozumieliśmy przekaz.

Do Mehmeta docieramy szybko.

Mieszka dość daleko od centrum. Wszystko zamknięte, pustki na ulicach, ciemno i cicho. Po jakimś czasie zauważamy ostatni otwarty sklep, podjeżdżamy i pokazujemy adres. Pani za kasą, gdy tylko nas zauważa obdarza nas szczerym, lecz nieco wybrakowanym uśmiechem. Pokazujemy jej adres, a ona wychodzi zza kasy i pokazuje nam palcem gdzie mamy jechać. Machamy chwilę rękami wraz z nią, ustalając kolejne kierunki. Dziękujemy jej pięknie i już wsiadamy na motocykle, gdy pani znowu wybiega ze sklepu i wręcza nam po bułce z mięsem. Jeszcze raz dziękujemy i ruszamy do mieszkania Mehmeta. Ale miło!

Jest pierwsza w nocy, gdy Mehmet otwiera nam drzwi.

– Myślałem, że już nigdy nie dotrzecie.- wita się serdecznie z Maksem.
– My też- przyznaję.

Jesteśmy zmęczeni, brudni, i nadal czujemy na sobie sól i piasek z rana.

Zasypiamy w ciągu 15 minut.