Pisanie książki i kodeks moralny

Mam parę przemyśleń jeśli chodzi o pisanie książki podróżniczej, którymi chciałbym się z Wami podzielić.

Parę dni temu miałem okazję być na targach motocyklowych we Wrocławiu. Nawet jako gość specjalny. Chociaż niewiele we mnie specjalności na dobrą sprawę. I podczas jednej z prezentacji ktoś z widowni rzucił pytanie:

„To kiedy książka?”

Pytanie to przewija się w komentarzach od jakiegoś czasu. Zwykle ciężko mi na nie odpowiedzieć, bo zahacza ono o bardzo skomplikowaną i powikłaną kwestię, jaką jest moja osobowość. Postanowiłem jednak, że warto na ten temat napisać odcinek przemyśleń i dać Wam możliwość oceny czy jestem kompletnym wariatem, czy tylko tak się wydaje.
12177799_1269434569752460_979876828_n
Otóż uważam, że żyjemy w czasach, w których, żeby zostać celebrytą wystarczy wydać seks-taśmę, a żeby być podróżnikiem wystarczy z sukcesem dotrzeć na rolkach do Obornik Śląskich. Bardziej hardkorowi podróżnicy to tacy, którzy jadą do odległej Hiszpanii lub raz byli w Indiach. Jeśli to zrobiliście, to możecie spokojnie już pisać książkę i określać swoją wyprawę, jako „wyprawę dookoła świata”. Wielu ludzi uważa, że zrobienie jednej, nawet małej rzeczy stawia ich ponad tłumami i motłochem, któremu teraz mogą pokazać „jedyną słuszną drogę”. Uważam, że wiele materiału produkowanego na stronach internetowych, w książkach i na YouTubie to papka o wartości poniżej jakichkolwiek standardów. Dodatkowo dużym problemem jest to, że co lepsi blogerzy i twórcy (już bez znaczenia w jakim temacie: podróżniczym czy nie) sprzedają tanio swoje umiejętności stając się tubami firm, z którymi współpracują.

Nie macie czasami tak, że patrzycie na celebrytów i zastanawiacie się: „cholera co oni zrobili, że są słynni? Skąd oni się wzięli?”. Albo gdy patrzycie na specjalistów i ekspertów w dziedzinach, o których potem okazuję się, że mają blade pojęcie? Nie przechodzą Was wtedy ciarki i nie myślicie: ile jest takich ludzi, którzy próbują pozować na znawców w tematach, które ledwie liznęli?

Problemem jest to, że automatycznie przestajemy czuć jakikolwiek szacunek do kogoś, kto przyznaje się, że nie wie wszystkiego.

Kto przyznaje, że ciągle się uczy.

Z jakiegoś powodu sądzimy, że ludzie, którzy się uczą, są gorsi od tych, którzy krzyczą, że już wszystko potrafią. Ulegamy złudzeniu, że jeśli ktoś jest tak pewny siebie, że publicznie ogłasza swoje „eksperctwo”, to wiedzę niezbędną do takich ogłoszeń pewnie ma. Ale odbiłem od tematu.

Uważam, że ilość słabej jakości materiałów w necie z powodu niezliczonej ilości specjalistów przeplatanych z kukiełkami firmowymi jest za duża. Dlatego, zanim cokolwiek wypuszczam staram się, żeby było jak najlepszej jakości, na jaką mnie stać w danym momencie. Niezależnie od tego, czy to tekst, czy film, czy zdjęcia. Dążę do perfekcji w każdej z tych kwestii.

Mam pewien wewnętrzny kodeks moralny i staram się podchodzić z pokorą do wszystkiego, co robię. Dlatego, gdy w trakcie rozmowy dziennikarz mówi np. „człowiek, który objechał cały świat” zawsze wtrącam, że nie cały, że to była jedna wyprawa, że sporo ich jeszcze przede mną. Dlatego też, gdy ktoś mówi, że jestem specjalistą od podróży motocyklowych prostuję, że na wielu rzeczach jeszcze się nie znam, a na wielu nie poznam pewnie nigdy. Wielu ludzi bierze to za kokieteriIS_Targi-moto-2016-20160312_32-800x450ę lub fałszywą skromność, wielu rezygnuje z dalszego słuchania co mam do powiedzenia. Gdy w weekend siedziałem na scenie padło pytanie, czy wiem jak rozłożyć i złożyć motocykl za pomocą patyka i taśmy klejącej (parafrazuję). Można było odpowiedzieć (i bardzo jest to kuszące), że owszem, bo w sumie kto to sprawdzi? Powiedziałem, że mechanika nie jest moją specjalnością i cała rozmowa została skierowana w stronę „można się nie znać w ogóle i pojechać dookoła świata”. Dlaczego? Bo dużo łatwiej jest złapać widownię w proste hasła. Zobaczyłem też, że część ludzi odwróciła się od sceny i po prostu sobie poszła. Pewnie pomyśleli „jak przyznaje, że się nie zna, to po kiego grzyba ktoś go w ogóle zaprosił?”.

I może nie powinienem im się dziwić.

Dlatego też nie jeżdżę po każdej, najmniejszej wiosce z prelekcjami. Biorę udział w imprezach, na które zapraszają mnie znajomi i przyjaciele. I jadę lub idę tam, nie żeby promować siebie, tylko żeby podzielić się wiedzą, którą zdobyłem na swoich błędach. Jadę czasem po to, żeby wywołać u ludzi uśmiech dobrą historią, ale przede wszystkim dlatego, żeby spotkać się z tymi, którzy tam przychodzą.

Wracamy do pytania z książką. Mam sporo tekstów. I sporo takich, które chcę napisać. Ale zanim cokolwiek wydam, trzy razy się zastanowię. Dlatego, że wyobrażam sobie kogoś, kto przyjdzie i wyda te 20-30 zł na to, co napisałem. I teraz: czy mam dość wiedzy, dość ciekawych informacji i dość historii, żeby napisać to tak, żeby ten człowiek nie był zawiedziony, że wydał te 30 zł? Sam będąc w liceum czy gimnazjum obracałem taką kwotę w rękach 10 razy, zanim wybrałem książkę, która trafiała na moją półkę. I wiem, że nie da się zadowolić wszystkich, ale wiem też, że sam bym sobie nie darował wypuszczając cokolwiek co byłoby poniżej moich maksymalnych umiejętności w danym momencie. Kodeks nie pozwala. Dla mnie to kwestia odpowiedzialności za swoją twórczość.

Mój przyjaciel powiedział mi kiedyś, że z moją dumą, i takim nastawieniem, jakie mam pewnie w którymś momencie życia będę miał problem, żeby włożyć coś do garnka. Poza tym będę się zadręczał do oporu błędami, które popełniłem, a których nie mogę już odkręcić. I to prawda. Ciężko mi czasem odpuścić. I zdaję sobie sprawę, że istnieją drogi łatwiejsze, przyjemniejsze, a często i nie do odróżnienia dla pozostałych ludzi od mojej. Ale to nie chodzi o to, jak inni postrzegają to, co robię, to chodzi o to, żeby móc wstać rano, spojrzeć w lustro i powiedzieć:

„Gratulacje, spierdoliłeś wczoraj zdecydowanie mniej niż ostatnio”.

Dlatego prace nad książką są cały czas otwarte, ale nie wiem, czy przewiduję ich zakończenie.
Chociaż ostatnio złożyłem obietnicę, że to zrobię, a ja obietnic zawszę dotrzymuję.
To co? Jestem wariatem?

Ps. Zdjęcia pożyczone od J.Malinowski 🙂