EXT 2011 Odc 21: Włochy i Słowenia stereotypy i fakty

IMG_7615

Makaroniarze, maminsynki, leniuszki komunikujący się krzykiem- tyle o Włochach mówią stereotypy. Obalamy każdy z nich. To nie stereotypy- to fakty! Może obraz jest trochę przejaskrawiony, ale podczas pobytu w prawie-słonecznej Italii odnosi się niepohamowane wrażenie, że całe zło świata spłynęło na ten kraj i ukradło Internet, zabrudziło plaże oraz ulice, zanieczyściło morze i schowało wszędzie terminale do płacenia kartą. W ramach zachowania równowagi we wszechświecie Włosi otrzymali sjestę, która OCZYWIŚCIE wypada w czasie największego głodu statystycznego Polaka.

Dość narzekania- byłoby wielce niesprawiedliwe wrzucać cały naród do jednego worka, bo w końcu spotkaliśmy wielu miłych ludzi. Ok …no kilku ich było. Hhm … ok, jeden był – Max mu było na imię. Wesoły 40-latek, który gościł nas w Turynie, był chodzącym ucieleśnieniem włoskiego Dolce Vitea. Mieliśmy nawet możliwość poznania Maxa znajomych na jego spotkaniu pożegnalnym. Bo jak się okazało Max kolejnego dnia wybierał się do Polski. Spotkanie to wyraźnie uratowało wizerunek Turynu, powiem początkowo nie sprostał on pokładanym w nim nadziei post-olimpijskiego centrum rozwoju.  Ta stolica Fiata i kawy Lavazza trochę rozczarowuje, ale jak się później okazało miało być jeszcze gorzej.

IMG_7990

Mimo próśb znajomych Maxa o zmianę trasy podróży, z uporem andorskiego osła, udaliśmy się do Mediolanu. A szkoda! Miasto jakoś nie urzeka – prawdopodobnie w wyniku naszego wzrostu odporności na piękno. Bo skoro widziało się największe, najstarsze i najpiękniejsze, to jakie wrażenie mogą zrobić mediolańskie cegły. Sensacje, w tej wylęgarni kreacji, wywołał lokalny żul  paradujący w klapkach i wełnianym długim płaszczu.  Jednogłośnie został ochrzczony „żulem- dyktatorem mody”
i był jedynym przykładem włoskiej ekstrawagancji.  I to tyle, jeśli chodzi o Mediolan.

Ewidentne zmęczenie miastami dopadło każdego z nas. Spowodowało to chwilowy zwrotu ku naturze. Uderzyliśmy więc na zachodnie wybrzeże Italii. Po dotarciu na miejsce zaczęliśmy żałować, że nie jesteśmy jednak w mieście. Piasek brudny i to chyba przez jakiś chemiczny rodzaj zanieczyszczenia. Woda pełna „bogactw”- my np. wyciągnęliśmy sobie z niej sznurek na pranie. A w wodzie?- morski stwór, co wciągał pod wodę przy każdorazowo usłyszanej piosence Bajmu (Beata wybacz!)

IMG_8298

Z zachodniego wybrzeża GPS został nastawiony na Florencję. Nikt nie zwrócił uwagi na wytyczoną trasę, toteż zaskoczeniem był przejazd przez miejscowość Pisa. Zaczęły się dyskusje czy to TA Pisa czy to nie TA. Dysputę ucięła dopiero pochylona na horyzoncie wieża- swoją drogą też zaobserwowana przez przypadek. Urokliwe to miejsce, zwłaszcza nocą, kiedy to cały kompleks jest podświetlony, a cały ruch turystyczny stanowi garstka ludzi i kilku sprzedawców handlujący „świetlikami na procy”.

Florencja- gorąco, tłoczno, ciasno i wiecie co?- Podobało nam się bardzo. We Florencji naprawdę można poczuć klimat włoskiego miasteczka i mimo nastawienia miasta na przemiał turystyczny pozostawia po sobie pozytywne wspomnienia. Szczególnie Wróbel z Pieterem mieli uciechę zwiedzenia miasta dzięki rozpoznawaniu w jego poszczególnych budynkach i miejscach elementów z gry Assassin’s creed 2.  Nic tylko dać każdemu po toporze i zbroi Altaira (EZIO- dopisek Wróbl)!

IMG_8503

Na wysokości Florencji nasza trasa uległa zmianie. Kierowani wysokimi cenami jedzenia i paliwa, brakiem CS i obietnicą czystych chorwackich plaż, ucięliśmy „ rzymski odcinek” i skierowaliśmy się do San Marino.  To specyficzne „państwo w państwie” ma do zaoferowania panoramiczny widok na szczycie zamku, sklepy z każdym rodzajem asortymentu i kolejny tłum turystów, z których 70% zdawało się mówić po polsku. Jeszcze jedna rzecz przykuła naszą uwagę- asfaltowa droga prowadząca w dół stoku, której nie oparły się rolki Wróbla. I gdyby nie znaczny wzrost ruchu ulicznego to pewnie dojechałby do Rawenny. To miasto w pełni poświęcone Dante Aligheriemu, którego imię nosiły restauracje, hotele, bary, parki, skwerki, ulice, place, kościoły, kaplice, muzeum itd. Zamiast Boskiej Komedii, trochę wyglądało to na Ziemski Dramat. Trzy godzinne zwiedzanie to aż nadto.

Kolejne dwa dni to typowe DOLCE FAR NIENTE ( ‚słodkie nieróbstwo’) u wybrzeży wschodniego Adriatyku w okolicy Rimini. Wszystkie miejscowości zdominowane przez Polaków (jakaś inwazja na te Włochy). Tym bardziej dziwi nocne opustoszenie miasta, które przez to daje jakby przyzwolenie na skorzystanie z placów zabaw i hotelowych basenów.
Ostatni włoski przystanek to Triest. Przyznam, że włącza mi się tu „ Syndrom Pitera” ( przyp.red. charakteryzuje się zanikiem pamięci w odniesieniu do poprzednich dni). Co tam się działo? Hmm … pranie w samoobsługowej pralni. To tyle! Bo o porcie w centrum miasta i szarych budynkach pisaliśmy już nie raz.

IMG_8551

Trochę z ulgą opuszczaliśmy ten kraj!

 

Słowenia… nie poświęciliśmy jej za wiele czasu, bo w planach był tylko Koper. Kraj trochę zbliżony kulturowo do naszego, przez co wydawał się mniej „dziki”. Brak śmieci na ulicach, normalne ceny
i kefir w sklepie, powodował zakręcenie łezki w oku ( ot taki symbol polskości na obczyźnie). Dodatkowo na Słowenii urzekają bio-markety pełne winogron i śliwek mirabelek oraz ludzie z poczuciem humoru. To tutaj celnik na granicy spytał nas czy jesteśmy pewni, że damy radę zwiedzić te 21 krajów w 80 dni, bo jakbyśmy chcieli się z nim założyć, to on nas chętni przetrzyma z 6 dni na granicy. Żartowniś! Ostatecznie puścił bez problemów…