EXT 2011 Odc 18: Hiszpania południowa, żar i slumsy

Przypadło mi opisać południową Hiszpanię razem z Gibraltarem i Andorrą. I to krótko, bo plecy w pisaniu notek mamy oooolbrzymie. No to jazda.

Jest parę słów-kluczy, których po prostu trzeba użyć, gdy mówi się o tej części Europy. Najprostszym i od razu wpadającym mi do głowy jest porażający żar. Temperatura na południu Hiszpanii osiąga takie liczby, że nawet najbardziej wytrwałym słońcoentuzjastom mózg się gotuje, a białko we wszystkich komórkach ścina się z głośnym skwierczeniem. Ma to swoje zalety, można smażyć na masce samochodu. Było nam tak gorąco, że nie przepuszczaliśmy żadnej okazji, żeby się schłodzić. Fontanny, morze, ocean, toalety… no, słowem każdy zbiornik wodny służył nam do tego, żeby wylewać sobie za kołnierz hektolitry wody, które wysychały w ciągu 8 minut (sprawdzone!).

Z Portugalii trafiliśmy do Sewilli. Miasto, którym w wyżej opisanym żarze chodziliśmy przez prawie cały dzień zachwyca zabytkami takimi jak Katedra Najświętszej Marii Panny – największy kościół gotycki na świecie (Kasia pieje z zachwytu w tle) czy Alkazar, czyli jeden z najpiękniejszych dworów królów hiszpańskich. To tutaj podjęto decyzję o wysłaniu Krzysztofa Kolumba w jego podróż do Ameryki, czy raczej do Indii. Pomyślmy! Czego by nie było… hm, no hamburgerów, by nie było i Lady Gagi pewnie.

IMG_5839

Z Sewilli polecieliśmy w stronę Gibraltaru zatrzymując się na nocleg w… parku narodowym na wybrzeżu. I tu warto pochwalić policjantów Hiszpańskich! Inaczej niż iż koledzy z Francji nie przyjechali o godzinie 7:00, żeby nas obudzić tylko kulturalnie poczekali, aż zjemy śniadanie i poskładamy rzeczy. Hiszpańska policja dostosowuje się do tempa życia Hiszpanów. Przed 12 to się nawet mandatów nie chce wystawiać.

W ten sposób dotarliśmy do Gibraltaru, który okazał się bardzo gościnny (ah te strefy bezcłowe!) i jak na terytorium Angielskie zdecydowanie za suchy. Co ciekawe Gibraltar ma własne lotnisko… w poprzek głównej drogi prowadzącej do miasta. Załapaliśmy się na lądowanie nawet, a Piter z Monią na głaskanie małp, trudno powiedzieć kto był bardziej zadowolony z tego faktu.
Z Gibraltaru wystrzeliliśmy niczym strzała i unikając zygzakiem płatnych tras pomknęliśmy w stronę Malagi. Skrócę mocno opisy wszystkich miast południowej Hiszpanii. Wszystkie (aż do wysokości Walencji) są praktycznie takie same. Wysuszona na miał ziemia, dużo palm, w każdym z nich obowiązkowo plaża miejska i bardzo (tu słowo STRASZNIE jest nieodzowne) brudna woda morska.

IMG_6064

Przy okazji trafiliśmy w Almerii na Slumsy beach jak została przez nas ochrzczona plaża, na której zdaje się całe rodziny żyją w namiotach bezpośrednio na piasku (chociaż piasek to chyba za dużo powiedziane). Widok jest jednocześnie przerażający i fascynujący. Tak czy inaczej zostaliśmy tam ciepło przyjęci z grillem i shishą i ogólnym rozgardiaszem jaki zawsze ze sobą wozimy. Na każdej innej plaży zostalibyśmy wyrzuceni pewnie po 13 sekundach.

Walencja przywitała nas zestawem gigantycznych i futurystycznych obiektów wybudowanych w dawnym korycie rzeki. Znajduje się tam muzeum nauki (odwiedzone!), akwarium, kino IMAX i wieeeeele różnych innych atrakcji. Trzeba przyznać, że Walencja jest bardzo dobrze przygotowana na najazdy turystów i oferuje dużo ciekawych i wartych zobaczenia rzeczy. W tym samym mieście mieliśmy okazję odwiedzić plac zabaw. Nie taki zwykły, bo zrobiony z olbrzymiego człowieka leżącego na plecach- Guliwera. Dobra, może jesteśmy trochę dziecinni, ale tymi zjeżdżalniami z rąk po prostu nie dało się nie zjechać. Z Walencji uciekliśmy do Barcelony ale o tym w następnej notce…