Tajskie krewetki prosto z marketu

Tajskie krewetki. Znowu jedzenie! No to może zacznijmy inaczej: deszcz.

Wreszcie przestało padać!

Ze szczęścia spędziliśmy pół dnia na plaży, co prawdopodobnie będzie się równało jutrzejszemu cierpieniu. I tak było warto. Po 2 tygodniach chmur i deszczu czułem głęboką potrzebę wyschnięcia. Łapcie poniżej trochę wirtualnych promieni słonecznych.
Ale ja nie o plaży dziś.

Chciałem napisać, że absolutnie jestem zakochany w Tajskich marketach. Nie „night marketach” (chociaż te też są spoko), ale takich zwykłych targach, które są w paru miejscach wyspy i na których można kupić świeże warzywa, owoce, mięso czy krewetki.
Zazwyczaj panuje tam gwar nie do ogarnięcia połączony z symfonią zapachów nie do opisania (znaczy: tłoczno, głośno i trochę śmierdzi).
Nie ma nic równie przyjemnego, jak robienie zakupów w tym miejscu.

Wydaje mi się też, że tak jak w Polsce istnieje specjalna jednostka szkoląca Panie z PKP i Poczty Polskiej (pozdrawiam serdecznie), tak tu musi istnieć jednostka szkoląca Panie sprzedające na targach.

Wyglądają bardzo podobnie, wszystkie uśmiechnięte od ucha do ucha i reagujące głośnymi wybuchami radości na moje nieporadne próby tajskiego połączonego z migowym. Rozmowy z nimi to czysta przyjemność.

Wczoraj zamarzyłem sobie krewetki prosto z targu.

Idę, dostaję koszyk, nakładam sześć, a Pani wybucha śmiechem.
– Jeden kilogram! – oznajmia.
No to tłumaczę, że to tylko dla mnie, bo moja rzeczona krewetek nie tyka, że ja przecież nie zjem tyle.
– Ok, ok, pół kilogram, tylko dla Ciebie- mówi Pani z nie znikającym uśmiechem.
– Nie zjem pół kilograma krewetek!
Pani sapie, wychodzi zza lady, rzuca na mnie fachowym okiem i oznajmia:
– Duży. Zje.
Ma przy tym minę świadczącą o wieloletnim doświadczeniu w ocenianiu pojemności człowieka.
Nie ma co dyskutować.

Dziś jem Tajskie krewetki.