MXT 2012 Odc 14: O rzucie monetą, granatach w drodze do Raszt i betonowym uśmiechu

Rano pakujemy się i żegnamy z Alim. Ruszamy w drogę, naszym celem jest Teheran. Jazda przez Iran jest bardzo prosta i przyjemna. Drogi rewelacyjne, szczególnie, że podróżujemy autostradami. Autostrady, oprócz oczywistych korzyści[1] mają w Iranie jeszcze jeden plus: w Iranie dla motocykli są bezpłatne. No może nie do końca. Motocykle w Iranie mają zakaz wstępu na autostrady, ponieważ są za wolne, ponieważ nie można kupić motocykla powyżej 250 ccm. Ergo: motocykle powyżej 250ccm nie są ograniczone żadnymi przepisami, czyli mają darmowy przejazd przez autostradę.

Korzystamy z luki prawnej.

Efekt jest taki, że na bramkach zatrzymują nas tylko po to, żeby zrobić nam zdjęcie. Dojeżdżamy do miejsca gdzie krzyżują się dwie drogi- północna jadąca nad morze Kaspijskie i południowa do Teheranu.

P1020432

– Maks, może pojedziemy nad morze?- pytam.
– Ale ja już napisałem, że będziemy w Teheranie dziś- odpowiada zakłopotany.
– Komu napisałeś? – pytam, ale odpowiedź już podejrzewam: albo właściciel restauracji, albo jakaś dziewczyna.
– Nooo… jest taka dziewczyna i będzie robić urodziny za dwa dni i nas zaprosiła.
– Na bank?
– Jeszcze nie wie, ale raczej tak.
– Ja bym pojechał nad morze. Po pierwsze nie wiemy czy ta impreza w ogóle się odbędzie. Po drugie to Irańska impreza, więc pewnie: osobno faceci, osobno dziewczyny i skończymy siedząc z tłumem wąsatych gości, którzy będą chcieli sobie z nami zdjęcie zrobić.- oznajmiam.
– Ja bym zaryzykował- mówi Maks.
– Dobra no to co? Rzut monetą?- pytam.

Standardowa procedura. Zamiast się kłócić rzucaliśmy monetą i pozwalaliśmy losowi zadecydować.

– Dobra.

Wyciągam jakąś monetę.

– To jak te śmieszne wężyki z przodu to jedziemy do Teheranu, a jak te dziwaczne potwory z tyłu to jedziemy nad morze, a potem do Teheranu- oznajmiam i rzucam.

Potwory[2].

Bez słowa pakujemy się na motocykle i ruszamy do drogi północnej. Przejeżdżamy przez bramkę i zatrzymuje nas Irańska policja. No to los z nas zakpił. Policjant idzie w stronę Maksa, ten ściąga kask.

– hsrbrubrush eh?- zadaje Maksowi pytanie, ale już w trakcie obraca się widząc zdziwienie na jego twarzy i idzie w moją stronę. Z uśmiechem powtarza pytanie. Zdarzało się tak już od Turcji. Brali mnie za przewodnika Maksa i zaczynali mi tłumaczyć co mam mu powiedzieć. Dobra, byłem opalony, miałem brodę i zdjęcie w paszporcie, które sugerowało, że mogę mieć przy sobie ładunek wybuchowy, albo w najlepszym wypadku coś ostrego, ale jednak nigdy do końca nie rozumiałem o co im chodziło. Policjant był zdezorientowany, gdy zrobiłem standardową minę numer pięć[3]. Wskazałem na siebie, a potem na Maksa.

– Lachistan- oznajmiłem.

– Aaaa Lachistaaaan- westchnął policjant. Jakby cokolwiek mu to mówiło.- foto foto?- zapytał przykładając ręce do twarzy.
O co pyta? Czy jesteśmy fotografami? Co odpowiedzieć? Jak źle odpowiem to nas za szpiegostwo mogą zgarnąć. Wybieram najlepsze wyjście: Standardowa mina numer pięć. Macha ręką i idzie do samochodu. Wychodzi ich z wozu chyba z sześciu i ustawiają się obok nas. Ten, który pytał wyciąga telefon i zaczyna cykać zdjęcie za zdjęciem. Nie wiem czy zmieniłem minę w międzyczasie, chyba nie. W każdym razie po tej sesji jeden z policjantów z samochodu podchodzi do nas i mówi:
– Iran bituful, najs travel, baj baj- i odchodzi.
– Myślisz, że możemy jechać?- pyta Maks.
– Myślę, że jak powiedział baj baj to chyba nie przyjdą pod dokumenty- odpowiadam i zakładam z powrotem kask.

Ruszamy.

Po paru kilometrach w lusterku widzę samochód, który miga nam światłami i od czasu do czasu trąbi. Ki diabeł? Zjeżdżam na prawy pas i zwalniam, samochód nas wyprzedza. Zwykła srebrna Dacia, jakich pełno w Rumuni. Jeden z dwóch oficjalnych środków transportu narodu rumuńskiego obok TIRów. Jednak na blachach irańskich. Facet wjeżdża na nasz pas i z mozołem opuszcza szybę. Po chwili w otwartym oknie pojawia się ręka z granatem.

Na szczęście tym razem to owoc.

Pokazuję Maksowi, żeby odebrał prezent a sam siłuje się z kamerą na kasku, żeby całe zajście nagrać. Niestety nie udaje mi się i ręka znika z pola widzenia zanim zdążyłem cokolwiek uchwycić. Jednak po chwili powraca z drugim owocem. Podjeżdżam, odbieram i serdecznie dziękuje. Irańczyk macha do nas, zwalnia i wreszcie krzyczy:
– Welkam to Iran! – uśmiechając się od ucha do ucha spod krzaczastego wąsa.

Zdarzało się nam to bardzo często w Iranie. Obcy ludzie obdarowujący nas różnymi rzeczami, czy to z auta, czy po prostu podchodząc do nas na ulicy. Zwykle drobiazgami, a to dostaliśmy kolorowe paciorki, a to owoce, lub pestki dyni. Nigdy nie udało nam się dać im czegoś w zamian oprócz salw uśmiechów i pozowania do zdjęć. Nigdy niczego nie chcieli czy oczekiwali. Raz, jeden Irańczyk podszedł do nas gdy płaciliśmy za obiad:
– Pozwólcie, że za Was zapłacę- powiedział.
– Dzięki, ale to nie było by fair- odpowiedział Maks.
– Nalegam, jesteście gośćmi w moim kraju, a więc jesteście moimi gośćmi- argumentował.

Nie przyjęliśmy, co prawda jego oferty, ale spędziliśmy następne pół godziny rozmawiając o Iranie i Polsce i na końcu dostaliśmy jego wizytówkę.
– Jeśli kiedykolwiek będziecie w pobliżu przyjedźcie do mnie chętnie Was ugoszczę –uśmiechnął się i poszedł.

Docieramy do Rashtu i zaczynamy szukać noclegu.

Nie mamy w Rashcie hosta, bo wcześniej nie sądziliśmy, że w ogóle tam będziemy. Pozostaje nam zwyczajowe poszukiwanie najtańszego hostelu, a potem również zwyczajowe targowanie się o cenę. To był jedyny raz w Iranie (poza Zahedanem) gdzie chcieliśmy skorzystać z hotelu. Zwykle mieliśmy parę, jeśli nie paręnaście ofert od ludzi, którzy chcieli nas ugościć i nie ukrywam, że z przyjemnością z tych ofert korzystaliśmy.

P1020483

Znalezienie hostelu w Rashcie okazało się nie lada wyzwaniem. Większość albo była bardzo droga[4], albo bardzo pełna. Wreszcie znaleźliśmy hostel z akceptowalnym poziomem cen. Niestety bez jakiegokolwiek garażu albo miejsca, w którym można postawić motocykle. No nic, coś wykombinujemy. Hotel dziwny, gdybym nie wiedział w jakim jesteśmy kraju to powiedziałbym, że to tzw. love hostel, jednak w Iranie to chyba nie możliwe.

Nie żebyśmy się przejmowali tym love w nazwie, bo na całej wyprawie stało się już zwyczajowa nasza odpowiedź na pytanie:
– Łóżko podwójne czy osobne?
– A jakie jest?
– A jakie Panowie chcecie?
– A będzie jakaś różnica w cenie?
– Nie
– To jest nam obojętne.

Niedwuznaczna mina recepcjonisty.

Co tam! Najwyżej sobie zsuniemy. Żartuję oczywiście, ale w sumie zaskakujące jak często byliśmy brani za parę.

Zaczynamy wnosić rzeczy, gdy podchodzi do nas jakiś starszy facet i próbuje coś nam uświadomić w farsi. Uśmiecham się i powtarzam manewr przećwiczony już z policjantami. Facet nie pozwala mi jednak odejść i gdy próbuje go zbyć chwyta mnie za ramie i zaczyna w kółko powtarzać coś w swoim języku. Zatrzymuje się przy nas młody Irańczyk i pyta po angielsku czy mi pomóc. Kiwam głową. Zaczyny się dyskusja między Panami.

Po chwili przybysz obraca się w moją stronę:
– Mówi, ze jest tu stróżem i że chce pieniędzy za pilnowanie Waszych motocykli –tłumaczy. Zgrzytam zębami, nienawidzę naciągaczy. No, ale co mamy zrobić?
– Dobra, ile?- pytam. Następuje tłumaczenie w obie strony. W końcu dostaję informację.
– ILE?! – zaczynam się wściekać, dziadek chce tyle ile zapłaciliśmy właśnie za pokój.- Powiedz, że mogę mu zapłacić 10% tej kwoty.
I tak uważam, że to dużo. Nasz gość tłumaczy i po chwili obraca się do mnie z betonowym uśmiechem[5].
– Proponuję, żebyście zabrali stąd bagaże i przenieśli się do innego hotelu. Najlepiej z garażem. Powiedział, że jak mu tyle zapłacisz to Wam w nocy potnie nożem kanapy. A myślę, że to i tak będzie dla Was najmniejsze zmartwienie jak wpadnie na inny pomysł.

Maks właśnie wrócił i słucha tłumaczenia.

Patrzę na Niego, a on automatycznie kiwa głową.
– Idę po torby – oznajmia.
– Podejdę do recepcjonisty i załatwię wam anulowanie rezerwacji, a ty tu stój- mówi do mnie nasz tłumacz.
Czekam aż wrócą. Pierwszy wraca tłumacz.
– Nie przedstawiłem się – mówi- jestem Serdż- wyciąga rękę. Witam się z nim i opowiadam co tu robimy i gdzie jedziemy. Serdż jest wykładowcą na uniwersytecie. Wykłada filologię angielską, więc lepiej trafić nie mogliśmy
– Pozwólcie, że was zaproszę do siebie – mówi- mieszkam na końcu ulicy, zapakujcie się i podjedźcie, będę tam czekał- i odchodzi.

Robimy jak mówi i spędzamy w Rashcie dwa dni zamiast jednej nocy. Poznajemy połowę miasta i nocą ruszamy nad morze, żeby się w nim wykąpać. Siedzimy z chłopakami do późnych godzin nocnych i słuchamy o Iranie, o kulturze, o cenzurze, o tym jak bardzo zazdroszczą nam tego, że żyjemy w kraju, w którym mamy pełną wolność. Możemy wyjechać, kiedy i gdzie chcemy, możemy pisać i czytać takie książki, na które mamy ochotę. Możemy w końcu korzystać na przykład z Facebooka, który w Iranie został zablokowany, ponieważ parę lat wcześniej młodzi ludzie zabrali się na tym portalu i ruszyli, żeby obalić prezydenta-dyktatora. Tłumy zostały rozgonione, cenzura zwiększona i w zasadzie nic się nie zmieniło.

Dużo nauczyły nas te dwa dni w Rashcie.
——————————

[1] są proste i mają więcej niż jeden pas, więc jak na drugim jest dziura wielkości krowy to możecie spróbować ją ominąć

[2] Zdolność umieszczania na awersach i rewersach monet rzeczy, które mogą równie dobrze przypominać wszystko jest zdolnością ogólnoświatową. W Europie wypada mieć orła, albo zabytek. W innych krajach wypada, żebyś się zastanawiał, na co patrzysz. Potwory okazały się częściowo startym przywódcą religijnym. Chociaż spór o to trwał parę tygodni.

[3] Wioskowy przygłup przyłapany na tym, że grzebie palcem w uchu- poćwiczcie przed lustrem.

[4] Zwykle z rodzaju: ależ drodzy Panowie! Nie mamy noclegów po 5 dolarów od osoby. Macie dostęp do 2 basenów, 10 saun, osobnych łazienek wyłożonych marmurami, złotych klamek i stołu szwedzkiego na śniadanie, obiad i kolację. Maks w tym momencie mnie szturchał i stwierdzał: na jedzeniu możemy się odkuć!

[5] Betonowy uśmiech to taki, który widać, że zastygł na twarzy osoby, która za wszelką cenę próbuje go nie upuścić na ziemię.